Zaproszenie od Roberta Bylicy, dyrektora Gminnego Ośrodka Kultury i Sportu w Pcimiu do realizacji projektu „Tradycje i obrzędowość u Kliszczaków”, była dla nas wielkim wyróżnieniem, ale jednocześnie i wyzwaniem. Wyzwaniem zarówno pod względem merytorycznym jak i technicznym. Jednak adrenalinę w nasz krwioobieg pompowała wizja spotkania z niesamowitą kulturą Kliszczaczką i ludźmi kultywującymi pamięć o jej tradycjach i historii. A wszystko to w niesamowitych wnętrzach Orawskiego Parku Etnograficznego w Zubrzycy Górnej. Wnętrzach przesiąkniętych zapachem historii, ścian nadgryzionych przez ząb czasu, sprzętów, które odstawiono na wieczny spoczynek. Fotografowanie to zatrzymywanie czasu, uwiecznianie chwil, ale jak to ma się do miejsc w których czas sam się zatrzymał? Przyjęliśmy sobie za cel ożywienie tych miejsc, przywrócenie do życia przedmiotów, przewietrzenie pomieszczeń. A nic tak nie ożywia przestrzeni jak wypełnienie jej oddechem żywych istot. Co było dla nas ważne, istot, które współgrały by z tą przestrzenią, dla których takie miejsca są czymś więcej niż tylko muzealnym obiektem. Mieliśmy przyjemność stanąć z aparatem naprzeciw osób, dla których założenie cuchy, serdaka czy grubych spodni z kliszczacką parzenicą to nie bal przebierańców, ale pielęgnacja pamięci, duma ze swojego pochodzenia i dbałość by spuścizna nie stała się tylko obiektem muzealnym, pozycją w archiwum, a już tym bardziej zapomnianą historią. Po przekroczeniu progów zubrzyckich izb nie staliśmy się świadkami minionych wydarzeń, ale wręcz przeciwnie naszym zadaniem było ich odtworzenie, zainscenizowanie.
Próbowaliśmy zadbać o to, by nasi kliszczacy z Pcimia, Trzebuni i Stróży pełną piersią wciągnęli zapach ducha tamtych czasów i choć na chwilę zapomnieli o stojących naprzeciw nich fotografach i o tym, że są tylko modelami, odtwórcami przypisanych ról. Dlatego oni naprawdę śpiewali, przygrywali góralskie akordy, odmawiali pacierz czy wyznawali swoje grzechy do krat siwoniebieskiej słuchalnicy. Zabytkowe organy kościelne mogły choć na chwilę wrócić do życia wskrzeszone palcami kliszczckiego organisty. Wielkim dla nas wsparciem był zauważalny na każdym kroku szacunek do naszej regionalnej tradycji naszych modeli i autentyczna fascynacja tą kulturą. I chyba jedyne czego nam brakowało to światło. Muzealne wnętrza są pozbawione elektryczności, niewielkie okna nie zaspokajały potrzeb matryc naszych aparatów, pociemniałe od starości ściany i sufity nie odbijały światła, a rozmiar pomieszczeń ograniczał możliwości sprzętowe. Ale właśnie w takich warunkach tworzy się najlepszy klimat do pracy, niezbędne relacje i motywująca atmosfera. Dziękujemy naszym modelom za współpracę i znoszenie naszych zachcianek , bo jak mawiał Edward Steichen - fotografia nie powstaje w aparacie, ale po obu jego stronach.