Marek Gubała: Patrząc na Pana fotografie sprzed lat i te ostatnie można zauważyć jedną wspólną cechę i jedną zasadniczą różnicę. Wspólna cecha to ludzie i miejsce – protestujący i ulica. Główna różnica to klisza i cyfra. Czy 30-40 lat temu, mając aparat cyfrowy, zrobiłby Pan jeszcze lepsze zdjęcia, czy wręcz przeciwnie? Czy te dawne ograniczenia sprawiły, że zdjęcia są bardziej unikalne?

Chris Niedenthal: Sądzę, że jedyna różnica między kliszą wtedy, a cyfrą dzisiaj, jest to, że dzisiaj sama techniczna jakość zdjęć jest lepsza. Oczywiście, są Ci którzy uważają, że fotografia zrobiona na kliszy – a w moim wypadku na slajdzie – jest lepsza bo ma „duszę”. I ja się z tym mogę zgodzić. Ale jednak dzisiejsza cyfra jest jakby ostrzejsza, bardziej czysta i łatwiejsza do zrobienia.

Autofocus jest o wiele szybszy niż kiedyś, a kiedy zaczynałem, w ogóle czegoś takiego nie było. Na filmach częściej zdarzały się nieostre zdjęcia czy błędy w ekspozycji. Dzisiejszy natychmiastowy podgląd jest wygodny, ale może odciągnąć uwagę od samego fotografowania. Możliwość robienia setek zdjęć nas „rozpaskudza” – używamy szybkich serii, by mieć pewność, że złapie się „ten” moment.

Mając na filmie tylko 36 klatek, fotograf musiał być bardziej uważny, żeby nacisnąć spust w tym najbardziej newralgicznym momencie. Dzisiaj czasem zdjęcie robi sam aparat, a nie fotograf. Nie mam jasnej odpowiedzi, czy cyfra dałaby mi wtedy lepsze efekty. Wiek też robi swoje – wtedy inaczej fotografowałem i dzisiaj też inaczej fotografuję.

M.G.: Człowiek z aparatem w tłumie to specyficzna, czasem podejrzana osoba. Kiedy bałeś się bardziej? Wtedy czy teraz? Czy w ogóle się bałeś, i czego?

C.H.: Za czasów PRL człowiek z aparatem był niewątpliwie podejrzaną osobą. I wtedy rzeczywiście się bałem. Demonstranci mogli uważać, że jestem ubekiem, a ubek mógł mnie wyciągnąć z tłumu do jakiejś bramy. Zomowiec natomiast, kiedy mnie widział, wiedział w kogo celować pałką. Przyznaję się, że wolałem wtedy robić zdjęcia z góry, z klatek schodowych czy okien mieszkań.

Dzisiaj demonstracje są zazwyczaj spokojniejsze i nie zauważyłem, by ludzie się nas bali. Nawet jeśli zdarza się większa akcja policyjna, to policjanci są ciut bardziej „tolerancyjni” wobec fotografów. Ale jest to tylko moje zdanie; inni fotografowie na pewno mogą mieć inną opinię co do tej „tolerancji”.

C.H.: Za czasów PRL człowiek z aparatem – tym bardziej w czasie demonstracji – był niewątpliwie podejrzaną osobą. I wtedy rzeczywiście się bałem. Demonstranci mogli uważać, że jestem ubekiem i fotografuję ich dla celów policyjnych. A ubek w tłumie mógł mnie wyciągnąć z tłumu i wciągnąć do jakiejś bramy. Zomowiec natomiast, kiedy mnie widział, wiedział w kogo celować pałką. Przyznaję się, że wolałem wtedy robić zdjęcia z góry, z klatek schodowych czy okien mieszkań. Dzisiaj demonstracje są za zwyczaj spokojniejsze, i nie zauważyłem by ludzie się nas bali. A nawet jeśli zdarza się jakaś większa akcja policyjna, to policjanci są ciut bardziej „tolerancyjni” wobec fotografów. Ale jest to tylko moje zdanie; inni fotografowie na pewno mogą mieć inną opinię co do „tolerancji” policjantów.

M.G.: Podobno miałeś nawet swoją teczkę w IPN. To jeszcze bardziej podkreśla jak niebezpieczny może być ten zawód. To jeden z powodów fotografowania wtedy „długimi” obiektywami?

C.H.: Tak, odebrałem swoją teczkę z IPN – około 140 stron różnych wydających się nieważnych informacji. Natomiast dumny jestem z mojego kryptonimu nadanego przez kogoś w MSW. Nadali mi kryptonim „Kret”. Nie wiem skąd i dlaczego to wzięli, ale niech będzie!! Teczkę moją otworzyli w roku 1975.

Najśmieszniejsza informacją, i zarazem najprawdziwszą, to słowa kogoś który starał się mnie scharakteryzować: „W obecności żony, Niedenthal robi wrażenie jakby nie miał nic do powiedzenia”. Trafiony, zatopiony! A co do długich obiektywów: nie, nie dlatego ich używałem. Po prostu zawsze lubiłem długie obiektywy, choćby dlatego, że wyciągają kogoś, lub coś, z tła i nadają pewną czystość obrazu.

M.G.: Leica Q, patrząc na efekty Waszej „współpracy” odnoszę wrażenie, że chyba się polubiliście, to wysoka półka ale chyba warta swojej ceny?

C.H.: Bardzo polubiłem tę zgrabną Leicę Q. W pewnym sensie odmieniła moje życie, co najmniej fotograficzne. Choćby dlatego, że mimo to, że zawsze lubiłem długie obiektywy, raptem znalazłem się z szerokokątnym obiektywem 28mm – i niczym innym. Nie ma w tym aparacie możliwości założenia innego obiektywu.

Tak więc zacząłem inaczej fotografować – podchodzę bliżej ludzi ale przez to, że jest to niezbyt duży aparat i nie jest „armatnią” lustrzanką - a poza tym jest cichutki – to właściwie ludziom nie przeszkadzam. Finansowo jest to rzeczywiście wysoka półka, ale jak na Leicę, nie jest aż tak droga!!

M.G.: Mówiąc o swojej pracy dla takich uznanych marek jak Newsweek, Der Spiegel, Time… przedstawiasz obraz niewyobrażalny dla współczesnych, zwłaszcza młodych fotografów. Robiłeś reportaż, po czym niewywołane filmy wysyłałeś różnymi kanałami na zachód, do USA, bez gwarancji że to dotrą do nadawcy. Jakie były Twoje odczucia kiedy widziałeś po raz pierwszy swoje zdjęcia w gazecie po tak długim czasie?

C.H.: Nie da się ukryć, że dla dzisiejszego pokolenia fotoreporterów, jestem muzealnym dinozaurem. Już pomijając fakt, że fotografowałem wszystko na filmach, to jeszcze musiałem filmy te – niewywołane – wysyłać frachtem lotniczym do USA czy Niemiec. Z Polski, jeśli miałeś status korespondenta, miałeś prawo wysyłać materiały używając frachtu lotniczego. Potrzebowałeś kilka papierków i stempli, jechałeś na lotnisko do terminalu cargo i wysyłałeś pakunek do Newsweeka czy Time’a.

Musiałem zawsze mieć w głowie rejsy lotnicze, żeby filmy dotarły do Nowego Jorku nie później niż w piątek wieczorem, bo w nocy zamykano numer. I jakimś cudem, to wszystko działało! Oczywiście na początku stanu wojennego te metody wzięły w łeb. Długo się zastanawiałem jak wysłać filmy, aż w końcu zdecydowałem się pójść na dworzec Gdański w Warszawie i oddać paczkę jakiemuś uczciwie wyglądającemu pasażerowi. Znalazłem zachodnioniemieckiego studenta i on na szczęście się zgodził. A tam właśnie było moje zdjęcie „Czas Apokalipsy”.

M.G.: A w jaki sposób docierały do Ciebie wydania Newsweek’a czy Time’a?

C.H.: W normalnych czasach było o wiele łatwiej zdobyć najnowszy numer Newsweeka lub Time’a. Często bywały w kioskach dużych hoteli. Ale kiedy Newsweek czy Time miały biura w Warszawie, to na początku tygodnia zawsze przylatywała frachtem paczka z najnowszym wydaniem tygodnika. Oczywiście zawsze miałem wielką satysfakcję kiedy otwierałem najnowszy numer i widziałem w nim swoje fotografie.

M.G.: Pracowałeś dla największych światowych tytułów. Czy było jakieś konkretne zdjęcie lub seria która otworzyła Ci drogę do podpisania pierwszego poważnego kontraktu?

C.H.: W prasie amerykańskiej ich system był prosty ale skuteczny. Jeśli chcieli, żebyś dla nich pracował, oferowali kontrakty gwarantujące wynagrodzenie za określoną liczbę dni w roku. Wszystkie koszty powiązane z wykonywaniem pracy były dodatkowo rozliczane. I to właśnie taki, całkiem niezły, kontrakt zaoferowano mi w Newsweeku po mojej pracy na początku stanu wojennego w Polsce. Można powiedzieć, że miałem więcej szczęścia niż rozumu!

M.G.: Słysząc nazwisko Niedenthal widzimy Kino Moskwa, Czas Apokalipsy... Ta fotografia przykleiła się do Twojego nazwiska. Czy wracając teraz z aparatem na ulicę, myślisz, że uda się znowu „ustrzelić” coś wyjątkowego?

C.H.: Głupia sprawa! Miło byłoby powiedzieć, że najlepsze zdjęcie mam jeszcze przed sobą. Ale nie da się ukryć, że „Czas Apokalipsy” do mnie się rzeczywiście przykleiło – ale nie narzekam! Nie jestem już aż taki młody, więc szanse na coś jeszcze lepszego są dosyć nikłe. Wszystko co fotografuję teraz, robię niemalże do szuflady – dla siebie, we własnym czasie i na własny koszt.

Natomiast rzeczywiście smutno jest to, że nasze czasy zaczynają sprzyjać wyjątkowym fotografiom. Cały czas mam niepokojące wrażenie, że nasz obecny rząd na nowo wprowadza system neo-komunistyczny. Tak więc nie wiadomo co się może jeszcze zdarzyć w Polsce. Jeśli zacznie im się palić ziemia pod nogami – nie wiadomo co oni mogą jeszcze zrobić.

Marek Gubała i Chris Niedenthal

M.G.: Jak to jest z konkursami fotograficznymi? Co o nich myślisz jako juror i laureat World Press Photo? Czy pasja nie ginie w wyścigu po trofea?

C.H.: Ha! Ja sam niczego na World Press Photo nie wysłałem! To redakcja Time wysłała we własnym zakresie. Kiedy otrzymałem telegram, że coś wygrałem – byłem mile zdziwiony! Bardzo lubię być jurorem, bo mam okazję obejrzeć pracę młodszych fotoreporterów. Sądzę, że pasja zawsze tam istnieje, bo jest nieodzowna w takim zawodzie. Choć przyznam, że widząc, co zmęczeni jurorzy mówią o niektórych nadesłanych pracach, sam wolę swoich fotografii nie zgłaszać!

M.G.: A czy rola Jurora to ciekawe doświadczenie czy raczej krępująca powinność?

C.H.: Dzisiaj być jurorem w poważnym konkursie to sama radość. Duży monitor, wygodny fotel, dobre towarzystwo. Ale żarty żartami: jest to wyjątkowo interesująca praca, bo musisz włączyć w mózgu komórki do oceniania i decydowania, czy akurat ten reportaż jest lepszy od tamtego. Czasami jest to oczywiste, ale często – nie.

M.G.: To chyba wspaniałe uczucie, że na przykładzie Twoich zdjęć można uczyć prawdziwej historii?

C.H.: Nie ukrywam, że miło jest kiedy moje fotografie robione w pocie czoła 40 lat temu, raptem stają się historycznie ważne, i że młodzież może dzięki nim zobaczyć jak wyglądało życie ich rodziców czy nawet dziadków.

M.G.: Poza „Kinem Moskwa” masz projekt „Tabu”. Dlaczego zająłeś się tak trudnym tematem jak niepełnosprawność?

C.H.: Na przełomie wieków szukałem czegoś mądrzejszego do robienia. W rodzinie mam chłopca, który po chorobie stracił mowę, słuch i wzrok. Jego matka powiedziała mi: „Zrób mu zdjęcie i zobaczysz co dalej się stanie”. Tak zacząłem fotografować niepełnosprawne dzieci i powstała wystawa „Tabu. Portrety Nieportetowanych”.

M.G.: W dorobku masz projekt „Sąsiadka” z Tadeuszem Rolke. Dlaczego zdecydowaliście się na czerń i biel?

C.H.: W młodości fotografowałem czarno-biało z braku pieniędzy, potem Newsweek przeszedł na kolor i tak mi zostało. Tak naprawdę już nie „czuję” czarno-bieli. Natomiast kiedy Tadeusz Rolke zaproponował współpracę nad cyklem „Sąsiadka”, nie miałem nic przeciwko. Tadeuszowi po prostu się nie odmawia – skoro kocha fotografię czarno-białą, tak też się stało.

M.G.: Jak poznałeś Tadeusza Rolke? Opowiedz coś o Waszej znajomości.

C.H.: Dawno temu był dla mnie tylko legendą. W roku 2001, kiedy byłem zdołowany po śmierci matki, zapukał do moich drzwi, usiadł w kuchni i wyłożył pomysł o „Sąsiadce”. Spytał, czy chciałbym mu pomóc. I tak się zaczęła nasza przyjaźń.

M.G.: Stowarzyszenie mgFoto to grupa pasjonatów-społeczników. Masz na co dzień kontakt z takimi „wariatami”?

C.H.: Fotoreporterzy muszą być pasjonatami, więc wszyscy jesteśmy wariatami w jakimś stopniu. Może tylko nie paparazzi, bo im chodzi o pieniądze. Tam, gdzie spotykam się z fotografami, widzę pasjonatów-społeczników-łamane-przez-wariatów. Ich to kręci. Mnie to kręci.

M.G.: Ostatnie pytanie: skąd pomysł na granie na perkusji... w pustym basenie?

C.H.: Ponownie jestem perkusistą bluesowo-rockowym! Jestem częścią kapeli, która ćwiczy w krytym basenie bez wody pod Poznaniem. Jest wyciszony gąbkami, bo inaczej akustyka byłaby fatalna. Wszyscy jesteśmy Polakami z Londynu, znamy się od 50 lat. Gramy teraz na „starość” dla samej przyjemności i to całkiem nieźle!